wtorek, 22 maja 2018

PROMYCZEK - Kim Holden. Czytelniku! Zatrzymaj się! Spójrz! Stwórz legendę!


Fabuła:

Kate Sedgwick to wieczna optymistka, która poda rękę największemu wrogowi. Tylko, że... ona nie ma wrogów. Może poza czasem, który nieubłaganie prze do przodu i nie chce zatrzymywać się, kiedy bohaterka doświadcza czegoś pięknego. Kate to chodzące dobro. Ludzie, którzy mają szansę ją poznać zostają oślepieni blaskiem i oczarowani. Zostają napiętnowani jej miłością i otwartością. Kate ma również tajemnice. To bolesna prawda, ogromna niesprawiedliwość, coś, co sprawia, że jest jasna jak słońce, nie boi się ryzykować, nie boi się być spontaniczna. Promyczek to poruszająca opowieść o prawdziwej przyjaźni, o ogromnym bólu, tęsknocie i strachu, o miłości tak potężnej, że pękają najtwardsze serca. Przeczytaj, ale najpierw przygotuj chusteczki.

Mój komentarz:

Tak naprawdę to nie wiem, co napisać. Skasowałam już kilka akapitów, a i tak nie mogę znaleźć słów na tyle godnych, aby opisać to, co czuję po przeczytaniu Promyczka.

Może zabrzmi to tandetnie, ale zaryzykuję. Dawno, żadna książka nie zmusiła mnie do tak głębokich rozważań i refleksji.

Zawsze byłam wrażliwa, ale to coś innego. Ta historia kruszy mury, przez nią pękają serca. To moment na szersze otworzenie oczu, na zaciągnięcie hamulca, na wzięcie głębokiego oddechu i poświęcenie kilku minut na przystanek. Na rozejrzenie się dookoła.

Utarło się, że młodzi ludzie powinni słuchać rad dorosłych, bardziej doświadczonych. Usilnie staramy się nie popełniać błędów, wskakujemy do pociągu z napisem „życie” i pędzimy przed siebie nie rozglądając się na boki. Rozejrzyjmy się. Poszukajmy Kate Sedgwick. Znajdźmy ją i posłuchajmy. Posłuchajmy tym razem młodej dziewczyny, która wie, jak nie omijać szczęścia.

Kate ma dziewiętnaście lat. Kiedy przeprowadza się do akademika, aby rozpocząć semestr na kierunku pedagogiki specjalnej przywozi z San Diego ogromny, życiowy balast. Jej życie nie było kolorowe. To historia pełna ciernistych ścieżek, kłód rzucanych pod nogi, opowieść o stracie i bólu, którym nie chce się z nikim dzielić.

Jej matka nie życie, ojciec nie chce utrzymywać z nią kontaktu, siostra umiera nagle i niespodziewanie zabierając ze sobą część bohaterskiego serca Kate.

Główna bohaterka to uosobienie dobra, jej życiowe cele to sprzedawanie uśmiechów, picie dobrej, czarnej kawy i niesienie pomocy. Nie ocenia. Stara się zrozumieć. Nie bez powodu jej przyjaciel Gus nazywa ją Promyczkiem. Ona zmienia świat, zmienia ludzi, zupełnie bezinteresownie. Dzięki świetnej sztuce pisarskiej autorki podczas czytania książki wokół mojego serca powstał kokon ciepła. A potem zaczęłam płakać.

Kate chce brać życie garściami. Nie zamyka się w stalowych ramach. Jej równowaga na każdej, życiowej płaszczyźnie jest porażająca. Sprawia, że zaczynamy myśleć, analizować, rozpatrujemy swoje priorytety i zastanawiamy się, czy jest z nimi wszystko w porządku. Jej historia wwierciła się do mojej głowy, jest postać sprawiła, że w moim wnętrzu dokonał się pewien przełom. Czy mogła go dokonać książka z gatunku fikcja? Tak, mogła.

Gdy główna bohaterka przyjeżdża do Grand odcina się od poprzedniego życia. Z premedytacją. Zostawia za sobą żal, smutek i wszelkie troski. Zaczyna od nowa, zaczyna żyć chwilą. Motywuje do działania i zmian, każdego kto stanie na jej drodze. Zawsze z sukcesem. Zawsze pełna miłości i troski o drugiego człowieka.
Żaden przyjaciel, który stanął jej na drodze nie domyślił się, że pod płaszczem optymistycznej, żywiołowej i szalenie bystrej dziewczyny, kryje się straszna tragedia. Kate jednak nie cierpi. Zawsze uważa, że ktoś na świecie ma gorzej od niej. Często dziękuje Bogu za małe chwile radości. Każdego, kto pozwoli jej się do siebie zbliżyć naznacza miłością, piętnuje szczęściem.

Gdy na jej drodze staje Keller Banks nie spodziewa się, że może się w nim zakochać. Że pozwoli, aby on zakochał się w niej. Nie miała tego w planach. Wzbudzanie tak silnych emocji w drugim człowieku w swojej sytuacji, Kate uznaje za szczyt egoizmu. Ale nikt i nic nie potrafi tego powstrzymać, mimo odruchów obronnych i uników. Bo, kiedy w życiu pojawia się prawdziwa miłość nic nie jest w stanie jej zatrzymać.

Przyznam otwarcie, że Promyczek mnie zmasakrował, skruszył doszczętnie moje serce. Zmieniłam dla niego wcześniej przygotowaną listę czytelniczą, ale nie żałuję.

Zakochałam się w głównej bohaterce. Kate to dla mnie objawienie. Wzbudziła we mnie naprawdę skrajne, ale pozytywne emocje, jej duch poruszył mnie do granic możliwości. Swoją postawą zmusiła mnie do zastanowienia, czy aby na pewno podążam idealną dla siebie ścieżką, czy mogę być lepsza, czy mogę dać światu odrobinę więcej radości, odrobinę więcej siebie?

Kim Holden stworzyła najbardziej charyzmatyczną, charakterną, najbardziej żywą i kolorową postać, jaka kiedykolwiek istniała w literackim świecie. Dla mnie cała książka, chociaż pisana prostym językiem i wypełniona po brzegi życiowymi refleksjami, to majstersztyk. Główna bohaterka to ktoś nieprawdopodobny, ale brzmiący szczerze i prawdziwie.

Zostajemy wprowadzenie w jej świat krok po kroku, zakochujemy się powoli, mamy wrażenie, że Nasz świat stałby się pełniejszy, gdyby Kate stanęła na Naszej drodze. Gdy dowiedziałam się, co naprawdę kierowała bohaterką, co skłoniło ją do takiej postawy, do dawania światu tyle światła, ile zdołała, przeżyłam szok...

Stwierdzam, że nie doceniamy tego, co mamy, nie patrzymy na innych ludzi szeroko otwartymi oczami. W pędzie życia zapominamy o istotnych sprawach. Zapominamy, że potrafimy być odważni, że potrafimy być dobrzy, że potrafimy wykrzesać z siebie iskrę i wiarę.

Nie zapominaj o tym, Czytelniku. Nie zapominaj, że jesteś ważny. Że ważne są twoje marzenia, dzień dzisiejszy. Nie zapominaj, że możesz dużo więcej, jeśli bardzo chcesz.

9/10

I mam dzisiaj wyjątkową prośbę, Kochani. Uśmiechnijcie się. Podarujcie komuś swoje ramiona. Dajcie światu trochę swojego światła. Odważcie się!

Stwórzcie legendę!


Mercy Te

wtorek, 15 maja 2018

Niewystarczająco dobry BOOK TAG!


Hej Książkocholicy!

Dzisiaj mam do zaproponowania niezwykłą zabawę, która jakiś czas temu zawładnęła sercami blogujących czytaczy. Sama jestem nią zachwycona, i jeśli gdzieś pojawi się nowy, świeży i cieplutki Book Tag moje oczy same tam wędrują, a umysł klaszcze z podekscytowania.

Na pierwszy ogień wybrałam Tag, który blogerzy książkowi pewnie znają i lubią, za nietuzinkowe pytania i ogólną formę jego wykonania. Ja się zabawię, a na bloga wpadnie coś odświeżającego. O czy mowa?
 You're Not Good Enough Book Tag – NIEWYSTARCZAJĄCO DOBRY BOOK TAG!

Na czym polega?
Wybrałam trzydziestu bohaterów książek i zapisałam ich imiona na niewielkich karteczkach, które później wrzuciłam do pojemnika. Na każde z piętnastu pytań przypadają dwie karteczki z imionami, a zadanie polega na tym, aby określić, który z dwojga bohaterów pasuje lub nie do danej sytuacji.
Nic trudnego, prawda?

Zaczynajmy!

1. W TWOJEJ DRUŻYNIE, KTÓRA BIERZE UDZIAŁ W ZAWODACH ORTOGRAFICZNYCH, POZOSTAŁO TYLKO JEDNO MIEJSCE. KOGO WYBIERZESZ, JAKO OSTATNIEGO CZŁONKA SWOJEGO ZESPOŁU?

Celaena Sardonthien (Szklany tron) vs.
Tobias Eaton (Niezgodna)

Trudny wybór, bo ani jeden, ani drugi bohater na pewno nie myślał o ortografii podczas zmagań z przeciwnościami losu. Stawiam jednak na Tobiasa – wierzę, że skoro w ich czasach potrafili wyprodukować serum, dzięki któremu można manipulować ludźmi, z ortografią również by sobie poradził.

2. OBAJ BOHATEROWIE CHCĄ CIĘ ZABIĆ. WYKLUCZENIE KTÓREGO Z NICH JAKO PIERWSZEGO DAŁOBY CI WIĘKSZE SZANSE NA PRZEŻYCIE?

Allie Sheridan (Wybrani) vs.
Kaspar (Kolacja z wampirem)

Proste. Jasne, że Kaspara. Jako wampir złamałby mnie na pół w mniej, niż sekundę i pewnie wdeptał w podłogę. Z Allie jakoś dałabym sobie radę, na przykład zrobiła maślane oczy i odwołała się do jej sumienia, które zazwyczaj pakowało ją w kłopoty.

3. JESTEŚ NA IMPREZIE I GRACIE W BUTELKĘ. MUSISZ POCAŁOWAĆ JEDNEGO Z TYCH DWÓCH BOHATERÓW. KTÓREGO Z NICH WYBIERZESZ?


Atlas (It ends with us) vs.
Lane Rosen (Dzień ostatnich szans)

I tu również nie mam dylematu. Zdecydowanie Atlas. Jest zdrowy, do tego przystojny i zaradny. W przeciwieństwie do Lane'a, od którego mogłabym się zarazić hipergruźlicą, a na takie efekty specjalne naprawdę nie mam ochoty. Sorry, Lane!

4. ZOSTAŁEŚ WYLOSOWANY DO WZIĘCIA UDZIAŁU W IGRZYSKACH ŚMIERCI. KTÓRY BOHATER ZGŁOSI SIĘ ZA CIEBIE NA OCHOTNIKA?


Billy Milligan (Człowiek o 24 twarzach) vs.
Charlie McGee (Podpalaczka)

Charlie to jeszcze dziecko. Billy Milligan poniekąd troszczył się o bezpieczeństwo kobiet i dzieci, więc zapewne byłby to on – oczywiście tylko wtedy, kiedy włączyłaby się odpowiednia osobowość!


5. ZOSTAŁEŚ UWIĘZIONY NA WYSPIE W CIĘŻKICH WARUNKACH. KTÓREGO Z TYCH BOHATERÓW BYŁABYŚ GOTOWA POŚWIĘCIĆ W AKCIE KANIBALIZMU?


Malcolm Bannister (Więzienny prawnik) vs.
Colton Donovan (Driven)

Trudny wybór. Malcolm jest mądry i być może udałoby mu się znaleźć sposób, aby opuścić wyspę. Colton na pewno umiliłby mi czas energetyczną dyskusją i... hmm... sobą. Poświęcam Malcolma, jako prawnik pewnie nie będzie miał za złe, że zginął w słusznej sprawie.

6. JESTEŚ NOWYM SUPERBOHATEREM MARVELA/DC. KTÓRY BOHATER ZOSTANIE TWOIM POMOCNIKIEM?


Zane Hunter (Biały kruk) vs.
Harry Potter (Harry Potter)

Bez zastanawiania się wybieram Zane'a – jest za pan brat ze śmiercią, więc w sam raz. Harry to farciarz, a mnie potrzeba kogoś, kto nie potrzebuje Rona i Hermiony, aby cokolwiek zrobić :D. Poza tym Zane to ciasteczko. Spodobałby się Marvelowi ;).

7. JESTEŚ KIEROWNIKIEM FIRMY. KTÓREGO Z BOHATERÓW ZWOLNIŁBYŚ ZE WZGLĘDU NA BRAK UMIEJĘTNOŚCI KOMUNIKACYJNYCH?

Tris Prior (Niezgodna) vs.
Stark (Akademia Mitu)

Zdecydowanie Tris. Ma spore problemy z mówieniem szczerze o tym, co myśli i co zamierza zrobić. Stark jest dokładny i ma łuk – co budzi respekt! :D


8. WŁAŚNIE SKOŃCZYŁAŚ CZYTAĆ KSIĄŻKĘ, W KTÓREJ TWÓJ ULUBIONY BOHATER UMARŁ. KTO BĘDZIE POTRAFIŁ NAJLEPIEJ PODNIEŚĆ CIĘ NA DUCHU?


Lou Clark (Zanim się pojawiłeś) vs.
Samantha Kofer (Góra bezprawia)

Czy ktoś ma jakieś wątpliwości? Jasne, że Lou. Jestem pewna, że pozwoliłaby mi się nawet wysmarkać w swój kołnierz. Samantha jest na takie rzeczy zbyt poważna, zbyt zajęta i w ogóle zbyt... wszystko :D

9. PORA NA POWRÓT DO LICEUM. KTÓRY BOHATER BĘDZIE NALEŻAŁ DO PACZKI "TYCH POPULARNYCH"?


Bella Swan (Zmierzch) vs.
Dorian Havillard (Szklany tron)

No jasne, że Dorian! Jest księciem! Bella nie mogłaby mu nawet pomasować pięt! Ba! Nie mogłaby nawet oddychać tym samym powietrzem!

10. NADSZEDŁ DZIEŃ, NA KTÓRY TAK DŁUGO CZEKAŁAŚ - DZIŚ W KOŃCU JESTEŚ ROK STARSZA! KTÓRY Z BOHATERÓW BĘDZIE MIAŁ WYSTARCZAJĄCY TUPET, ABY ZAPOMNIEĆ O TWOICH URODZINACH?


Voldemort (Harry Potter) vs.
Akkarin (Nowicjuszka)

XD
Teraz się zastanawiam, kto miał bardziej wszystko w tyłku. Myślę, że Voldemort. Miał jobla na punkcie władzy, Akkarin, jakikolwiek by nie był w Nowicjuszce coś tam jeszcze ogarniał.

11. WŁAŚNIE ODKRYŁAŚ WSCHODZĄCĄ GWIAZDĘ BOOKTUBE'A. KTÓRY BOHATER NIĄ BĘDZIE?


Augustus Waters (Gwiazd naszych wina) vs.
Andy McGee (Podpalaczka)

Oczywiście, że Augustus. Andiego wiecznie boli głowa, więc nie byłoby z niego pożytku. Natomiast Gus nie ma nic do stracenia, więc miałabym pewność, że jego wypowiedzi będą zawsze szczere i rzetelne!

12. ORGANICUJESZ IMPREZĘ Z NOCOWANIEM! NIESTETY, MOŻESZ ZAPROSIĆ TYLKO JEDNĄ OSOBĘ. KTÓRY BOHATER OTRZYMA ZAPROSZENIE?

Dymitr (Akademia Wampirów) vs.
Ever Bloom (Ever)

Wybieram Dymitra. Cóż więcej pisać poza tym, że chętnie poćwiczyłabym z nim sztuki walki? :D

13. O, NIE. JESTEŚ W CIĄŻY. KTO JEST MATKĄ/OJCEM?


Ethan Holt (Zły Romeo) vs.
Magnus (Upadające królestwa)

ETHAN! To byłoby najpiękniejsze, najzdolniejsze i najbardziej asertywne dziecko na świecie. Magnus miał za dużo wewnętrznych dylematów i nie byłby zbyt dobrym przykładem dla małego karalucha. :)

14. WŁAŚNIE NAPISAŁAŚ NIEZWYKLE  DŁUGĄ I WAŻNĄ WIADOMOŚĆ. KTÓRY Z BOHATERÓW ZOBACZYŁBY, CO NAPISAŁAŚ, ALE CI NIE ODPOWIEDZIAŁ?


Carter West (Wybrani) vs.
Gwen Frost (Akademia Mitu)

Pewnie Gwen. Ze swoimi nadprzyrodzonymi zdolnościami potraktowałaby mnie jak małego szaraczka. Carter jest odpowiedzialny. Nie zostawiłby mnie bez odpowiedzi!

15. W KOŃCU WSTAŁAŚ Z ŁÓŻKA I PORA ZJEŚĆ ŚNIADANIE. OKAZUJE SIĘ, ŻE KTOŚ ZAJĄŁ MIEJSCE TWOJEJ MAMY W KUCHNI... KTO?


Lily Bloom (It ends with us) vs.
Zojka (Kłopoty mnie kochają)

Zojka. Lily jest zbyt nieśmiała, aby wleźć komuś do kuchni bez pytania. Zojka przewróciłaby do góry nogami cały dom, łącznie ze strychem i piwnicą, a być może przywiozłaby na śniadanie trochę świeżej kiszki od babci. :)

Dobrnęłam.
Całe życie to pasmo wyborów i tutaj nie było inaczej.

Jak Wam się podobało? Proszę o wyrozumiałość dla jeszcze zielonej w temacie koleżanki :D

Pozdrawiam,

Mercy Te

poniedziałek, 14 maja 2018

BIAŁY KRUK - J.L. Weil - tajemnica ptasich tatuaży.


Fabuła:

Biały Kruk to pierwszy tom bestsellerowej serii fantasy dla młodzieży Raven. Opowiada historię Piper, która po śmierci mamy wraz z młodszym bratem przeprowadza się na przedziwną wyspę, której „właścicielką” jest babcia rodzeństwa, a wszyscy mieszkańcy z niewiadomych przyczyn nazywają dziewczynę księżniczką. Piper stwierdza, że to najnudniejsze miejsce na ziemi, dopóki na jej drodze nie staje Zane Hunter – boski, przystojny mieszkaniec wyspy, który zbratał się – dosłownie – ze śmiercią, a na którego widok miękną jej kolana. Między bohaterami iskrzy od pierwszy, wspólnie spędzonych chwil, mimo że Zane pała do niej dziwaczną niechęcią. Poza tym, dziewczyna ma wrażenie, że na wyspie wszyscy ją znają, chociaż nigdy wcześniej tam nie była. Piper, po tym, jak została zaatakowana, odkrywa mroczną tajemnicę przystojnego Zane'a, która wywraca jej świat do góry nogami. Jaką? Sprawdźcie sami. Czy Piper odkryje, co łączy ją z wyspą i tajemniczym Zane'm? Biały kruk to idealna pozycja dla fanów Zmierzchu, Akademii Wampirów, czy Darów Anioła, gdzie wątek nadprzyrodzony miesza się z romansem i wszechobecną tajemnicą!

Mój komentarz:

Ach, co to za paaaaaara! Dobra, nie będę się zachwycać, bo dostaniecie cukrzycy. :D

Witamy na wyspie, gdzie wszyscy dookoła wiedzą wszystko, a główna bohaterka nie wie nic, chociaż jej osoba znajduje się w centrum wydarzeń!

Po śmierci matki, Piper i jej młodszy brat TJ zostają wysłani przez ojca rodzeństwa do babci mieszkającej na nudnej, odciętej od świata wyspie. Co gorsza, rodzeństwo nigdy nie widziało tej kobiety na oczy. Okazuje się, że staruszka mieszka w domu wielkości zamku, gdzie nawet fasada jest wypolerowana na błysk, a zabezpieczenia posiadłości są lepsze, niż w Fort Knox.

Czy może być coś gorszego dla buntowniczej nastolatki?

Podobnych powieści fantasy dla młodzieży przeczytałam kilkadziesiąt: Akademia Wampirów, Akademia Mitu, czy Dary Anioła zajmują zaszczytne miejsce w moim pakownym serduszku.

Białego Kruka nie polecał mi nikt, nie zauważyłam również do tej pory żadnej wzmianki na jego temat na grupach książkowych, które wnikliwie śledzę. Zdałam się na swój prywatny nos. Jeśli chodzi o satysfakcję z dokonanego wyboru i poświęconego mu czasu, to jestem gdzieś pośrodku, pomiędzy zadowoleniem, a jego brakiem.

Młodzieżowe powieści fantasy to gatunek rządzący się swoimi prawami. Tak jak w każdej innej literackiej dziedzinie pewne punkty muszą zostać odhaczone. Czego może oczekiwać młody człowiek od autora i, rzecz jasna, czytanej książki?

Wyraziści bohaterowie, z którymi można się utożsamić i pomarzyć, aby znaleźć się na ich miejscu. J.L Weil trafiła w to, co lubię najbardziej.
Piper jest wygadana, arogancka i pewna siebie. Zadaje mnóstwo pytań, choć nie zawsze dostaje na nie odpowiedzi. Nie boi się pakować w kłopoty, aby poznać prawdę na temat mieszkańców wyspy i przedziwnych tatuaży na ich nadgarstkach. Na każdym kroku szuka wrażeń i wcale nie zdziwił mnie fakt, że zwróciła uwagę na tajemniczego Zane'a Huntera.

Zane natomiast jest ideałem o mrocznej naturze – roztacza wokół siebie ponurą aurę niepewności. Jeżeli się odzywa, to tylko po to, aby kogoś zrugać, w innym wypadku wyciśnięcie z niego choćby słowa graniczy z cudem. To taki typ, na którego widok nastolatki mlaskają i ukradkiem wycierają z podłogi uronioną ślinę, chociaż on nie zaszczyci ich nawet spojrzeniem. Przyznam, że na starcie bardzo mnie irytował, brzmiał jak zafiksowany na swoim punkcie pępek świata. Jeśli ktoś kopnąłby go w tyłek musiałby najpierw ocenić, czy odwet nie jest poniżej jego godności. Potem było zdecydowanie lepiej.

Kolejnym ważnym punktem jest wątek romantyczny, który autorka ugryzła bardzo dobrze. Iskrzenie między bohaterami niejednokrotnie mnie elektryzowało i miałam wrażenie, jakbym siedziała obok dwóch trących się, skomplikowanych materii. Towarzyszą temu tuziny wybitnie zabawnych tekstów, niektóre z nich zapisałam sobie w tajemniczym kajeciku na cięte riposty dla osób, które, być może, w przyszłości na nie zasłużą. Uwielbiam poczucie humoru J.L. Weil – myślę, że fani gatunku też go docenią.

Ostatni istotny wątek to tajemnica. I tu, drodzy Czytelnicy, stwierdzam, że jej jej zdecydowanie za dużo. Do połowy książki, a nawet i dalej, na równi z Piper nie wiedziałam, o co chodzi tym wszystkim ludziom z ptasimi tatuażami, jakby autorka nie była do końca pewna, w którą stronę poprowadzić fabułę. Daleko za połową dostałam skrawki informacji, z których mogłam sobie cokolwiek poskładać, ale i tak było tego zdecydowanie za mało.

Wątek fantastyczny jest trochę okrojony w fakty. Akcji, jak na ilość stron jest za mało, a jeśli już jakaś się pojawia to kończy się szybciej, niż się zaczęła. Mogę rzec, że pierwszy tom serii to wstęp przed czymś, być może bardziej skomplikowanym?

Piper zaczyna wpadać w kłopoty, kiedy przyznaje, że widzi na rękach mieszkańców wyspy przedziwne tatuaże. Zane Hunter również taki ma, ale nie chce odpowiadać na jej pytania. Rodzeństwo bohatera również brzmi, jak jakaś zakonspirowana sekta, starszy brat Zane'a koniecznie chce umawiać się z Piper na randki, a na domiar złego okazuje się, że babcia bohaterki jest zamieszana w kilka okrytych tajemnicą zdarzeń na wyspie i dopiero postawiona pod ścianą (czyli grubo za połową książki) postanawia wyjawić wnuczce tajemnice jej dziedzictwa niechybnie związanego z tatuażami, duchami i... samą śmiercią.

Jeśli ktoś ma ochotę na mało wymagającą, lekką, pełną zabawnych tekstów powieść serdecznie polecam przeczytać właśnie Białego Kruka. Jeśli nie, odpowiedź chyba jest jasna. Osobiście czytając poczułam się młodsza i dostałam małą namiastkę emocji kojarzącą się na przykład z Akademią Mitu.

Daję 6/10 i puszczam do Was oczko!

Pozdrawiam,

Mercy Te

piątek, 11 maja 2018

Recenzja książki "Przyciąganie" Elżbiety Rodzeń czyli cienka granica pomiędzy tandetą a arcydziełem.


Fabuła:
Nadia ucieka przed przeszłością stawiając wszystko na jedną kartę. Wyjeżdża do Wrocławia z jedną walizką i banknotem stuzłotowym w portfelu mając nadzieję, że poprzednie życie jej nie dogoni. Znajduje pracę, jak opiekunka osoby niepełnosprawnej – Garreta, ekscentrycznego, młodego człowieka, prawnika, który nie cierpli kontroli, a swoje okaleczone ciało traktuje jak obiekt eksperymentalny. Gdy Nadia staje w jego drzwiach, od razu pragnie ją wyrzucić. Dlaczego Garretowi tak bardzo przeszkadza obecność młodej pielęgniarki? Czy podjęcie trudnej, acz odważnej życiowej decyzji przyniesie Nadii tylko rozczarowanie?



Przyznam szczerze, że sięgając po tę książkę miałam ogromny, wewnętrzny dylemat. Skusiło mnie porównywanie jej do osławionej historii opisanej przez Jojo Moyes w pozycji Zanim się pojawiłeś, jednocześnie powodując strach, bo jest cienka granica pomiędzy tandetą, a czymś naprawdę dobrym.

Przeczytałam. I co dalej?

Dalej mam mieszane uczucia. Bo z jednej strony historia mogłaby poruszyć, a z drugiej... trochę odstaje od rzeczywistości.

Z Elżbietą Rodzeń to moje pierwsze spotkanie. Muszę od razu pochwalić precyzję pióra, ogromną emocjonalność i świetny język oraz niestereotypowy sposób przekazywania treści wprost na ręce czytelników.

I to by było na tyle.

Nadia – w moim odczuciu – jest kobietą bez charakteru, niewinną do granic możliwości, mimozą skrzywdzoną przez świat; nie potrafię znaleźć logicznego wytłumaczenia dla jej zachowania nawet przez wzgląd na toksyczny związek, w którym tkwiła przez kilka lat.

Pomimo tego, że bardzo boi się swojego oprawcy, ciągle odwraca się za siebie i obsesyjnie sprawdza zamki w drzwiach, nie ma problemu z tym, aby zamieszkać pod dachem obcego człowieka, którego magazyn z lekami jest większy, niż w niejednej aptece. To naiwność? Tak myślę.

Postać Garreta jest przyjemna, ale mocno oderwana od rzeczywistości i ogromnie przerysowana. Lubię charakterne postaci, i Garret na pewno taki jest, ale główny bohater, jego problem, poczucie humoru na wysokim poziomie i pewność siebie zostały przyćmione przez próbę wykreowania go, jako Adonisa w skórze człowieka – został opisany w praktycznie samych superlatywach, jako ideał mężczyzny (szkoda, że takowe nie istnieją), a to, chwała Bogu, zostaje wypierane przez bardziej realnych facetów, którzy mają wady, blizny i chwile słabości.

Nie mam potrzeby szufladkowania ludzi, nie dzielę ich na sprawnych i sprawniejszych, ale patrząc realnie na to, co wiem na temat pewnych niepełnosprawności i porównując tę wiedzę z opisami autorki, w mojej głowie powstał zgrzyt i potężny mętlik.

Garret to superbohater, mężczyzna z mięśniami do sufitu i ego większym, niż Biały Dom. Jego pewność siebie, niezłomność i zaradność są podkreślane na każdym kroku.

Z jednej strony to fajne i odświeżające, bo wiem, że osoby niepełnosprawne są traktowane inaczej przez swoje ograniczenia i nie wszystkim się to podoba – mnie też nie, żeby była jasność. Ale czynienie z kogoś boga seksu i człowieka, który w mniej, niż pięć sekund potrafi obezwładnić rosłego napastnika, w tym wypadku ex partnera Nadii, jest chyba trochę nie na miejscu, prawda?

Nie jest to oczywiście jakieś społeczne uprzedzenie z mojej strony. Staram się, pomimo poruszanych trudnych tematów, patrzeć na wszystko realnie.

Możliwe, że miałabym trochę inny pogląd na Przyciąganie, gdybym poznała więcej istotnych faktów. Z chęcią dowiedziałabym się więcej na temat schorzenia głównego bohatera. Z chęcią poznałabym suche fakty na temat ex partnera Nadii, kim był i najważniejsze: jakim cudem, w tak krótkim czasie udało mu się namierzyć nowy nowy numer telefonu bohaterki oraz adres, pod którym mieszka?

Samo tytułowe przyciąganie, owszem istnieje, ale jest płytkie i nużące. Nie zliczę, ile razy pojawił się na mojej twarzy rumieniec, ale nie ten, który towarzyszy przyjemnemu zawstydzeniu, raczej ten buraczanoczerwony, wyznacznik zażenowania i krępacji. Można pisać o seksie w sposób smaczny, taki, który burzy krew w żyłach i sprawia, że czujemy się niespokojni – tutaj tego zabrakło. Pierwszy pocałunek bohaterów to szczyt tandety i napawał mnie ogromnym obrzydzeniem. Wydarzył się na trzydziestych urodzinach Garreta, wśród nieznajomych, półnagich ludzi, co załamało mnie kompletnie i stwierdziłam, że dawno nie czytałam czegoś tak niedorzecznego.

Sama historia ma oczywiście kilka zwrotów akcji, na których zawiesiłam oko, i uwaga... autorce raz udało się mnie zaskoczyć. Niestety nic więcej, a może aż tyle?

Nie będę ani jej polecać, ani nie polecać. Może jak przegryzie się w moim umyśle wydam jakiś osąd, ale pozostawię go dla siebie, a Wam pozostawiam chęć sięgnięcia po tę pozycję do osobistego rozpatrzenia.

Powiem jedynie tyle, – muszę to zrobić – że książka nie ma nic wspólnego z tworem Moyes poza podstawowym schematem i nigdy nie miałabym na tyle odwagi, aby obie do siebie przyrównać.

4/10 z prośbą o łaskawość.

Zapraszam na fanpage na facebooku:  https://www.facebook.com/MercyTeAboutBooks/

Pozdrawiam,

Mercy Te

O tym, jak Romeo łamie serce Julii, a Julia nie pozostaje mu dłużna - recenzja książek Zły Romeo i Zła Julia autorstwa Leisy Rayven.




Fabuła: Cassie i Ethana łączy bolesna przeszłość. Kiedy los zmusza ich do zagrania głównych ról w tym samym przedstawieniu główna bohaterka musi zdecydować, czy chce wpuścić do swojego życia kogoś, kto przed laty dotkliwie ją zranił. Wspólna praca w ogóle jej tego nie ułatwia, wręcz przeciwnie, magnetyzm, który połączył tych dwoje wraca z ogromną siłą i stawia w obliczu ogromnych wyzwań. Cassie musi zdecydować, czy ponownie mu zaufać i połączyć to, co powinno być razem, czy uciekać i już nigdy nie oglądać się za siebie?



Nie wyobrażam sobie pisać o obu książkach osobno. Nie lubię rozdzielać serii, szczególnie takich, które wiąże fabuła i cała historia. Owszem – nie jestem fanką romansów – czytam je, kiedy mam książkowego kaca i w ostatnich tygodniach zostałam chyba przodownikiem w rankingu ludzi czytających najwięcej.

To oczywiście nie znaczy, że nie doceniam takich powieści. Doceniam, może nawet bardziej, niż książki i o bliższej mi tematyce. Bo fakt, że porwała mnie jakaś z pozoru błaha historia o czymś świadczy, prawda? Na przykład o osobliwej fabule i dobrej sztuce pisarskiej autora.

Przyznaję: zakochałam się w Leisie Rayven i historii złej Julii oraz złego Romea.

Na samym początku nie obiecywałam sobie zbyt wiele. Bo cóż to mogą być za twory, kiedy w tytułach umieszcza się imiona bohaterów najbardziej banalnej i przekoloryzowanej historii kochanków, jakich widział świat? No właśnie, nie wiadomo!

Nie dajcie się jednak zwieść! Zła Julia i Zły Romeo nie mają nic wspólnego z przesadnie nadmuchanym światem Montekich i Kapuletów (pisownia spolszczona)!

Cassie to normalna dziewczyna z ambicjami i marzeniami – brzmi strasznie, prawda? Ethan to utalentowany aktor o urodzie greckiego bóstwa z pokaźną kartoteką kryminalną – brzmi jeszcze gorzej. Utarty szlak. Znany wszystkich schemat. Drżąca jak osika, mimozowata dziewczynka i facet z ośmiopakiem, i wieczną erekcją. Mdląco, przewidywalnie i cukierkowo.

Nie, drodzy Państwo! To zupełnie inaczej!

Bohaterowie poznają się na przesłuchaniach do prestiżowej szkoły artystycznej. Dla Cassie to ogromna szansa – dla Ethana presja, której musi podołać, aby wyrwać się spod rządów despotycznego ojca.

To właśnie wtedy ujawnia się specyficzna więź między bohaterami, która, jak wskazuje tematyka, ciągnie ich ku dołowi, a na drodze stawia przeszkody trudne do pokonania. Jakie problemy? Biorąc pod uwagę to, że historia jest przedstawiania z perspektywy bohaterki, chodzi o penisy, hormony i stosunki damsko-męskie!

Ethan to specyficzny bohater. Do którego pałam ogromnym sentymentem. Od samego początku pierwszej części, do samego końca jest wierny swoim priorytetom, i kiedy Cassie zamienia go w obiekt seksualny, co jest irytujące, a czasami nawet niesmaczne, a cała akcja toczyła się w dół po równi pochyłej, jak wypełniona czymś ciężkim beczka, on swoją niezmiennością sprawia, że książka nie traci rozpędu i nie staje się mdławo-łzawą opowieścią o walce z babskimi hormonami.

Pomimo tego same postaci są narysowane w sposób bardzo rzeczywisty. Ona – zmanierowana dziewczyna kładąca nacisk na własne potrzeby, on – pewny siebie rezoner z silnym charakterem. Niezależnie od tych cech, nie mamy do czynienia z pustymi lalkami bez dusz.

Opisy są emocjonujące do granic możliwości. Raz nawet dostałam bezdechu! W książkach nie ma ani grama „harlequinowskich” porównań, gdzie członek to drągal namiętności, a kobieca, intymna część ciała to muszelka rozkoszy.

Erotyzmu jest sporo, ale nie w sensie jednoznacznym. Bohaterowie przez posiadaną więź są wystawiani na próby w różnych, czasem niespodziewanych sytuacjach, momentami tak śmiesznych, że nie mogłam powstrzymać rechotu. Cassie i Ethan odpychają się i przyciągają, uwielbiają i nie mogą się znieść – co najważniejsze, jest to opisane tak, że naprawdę to poczułam, a zdarza się to bardzo rzadko!

Bardzo udanym zabiegiem jest wprowadzenie retrospekcji. Główna akcja dzieje się, kiedy bohaterowie są już dorosłymi ludźmi, jako sławni i rozchwytywani aktorzy muszą ze sobą pracować nie bacząc na burzliwą przeszłość. Wspomnienia Cassie systematyzują się z aktualnie przerabianymi wątkami, nic się ze sobą nie gryzie, fabuła jest logiczna i zrozumiała.

Ogromny minus za lekko zblazowaną główną bohaterkę, której nastawienie do seksu momentami strasznie kuło mnie w oczy.

Co ważne, okazuje się, że zły Romeo wcale nie jest tak naprawdę tym złym! Czy posiadanie zasad, których nie chce się łamać oraz priorytetów w wieku, a którym to one powinny być najważniejsze, czyni z człowieka kogoś gorszego? Przecież Ethan niejednokrotnie uprzedzał Cassie, że nie nadaje się do trwałych związków i pozwoliła mu się skrzywdzić na własne życzenie! Bohaterka nastawiona na emocjonalne przeżycia zapomina czasami po co poszła do szkoły aktorskiej! To raczej ona wymaga od Holta, aby się zmienił, rzekłabym nawet, że go zmusza. Jakie mogą być tego skutki? Oceńcie sami!

Ethan zdaje sobie sprawę, że konsekwencje, jakie poniosą skupiając się na sobie zamiast na aktorstwie, mogą być opłakane. To zasadnicza różnica między bohaterami i chwała chłopakowi, że pozostał nieugięty.


Zła Julia to kontynuacja przygód Ethana i Cassie. Tym razem to dziewczyna jest przedstawiona w gorszym świetle, chociaż w złym widziałam ją już od samego początku. Demony prześladujące Holta cudownym sposobem przechodzą na bohaterkę, która nie potrafi podjąć decyzji, co dalej.

Tak naprawdę nie trzeba pisać nic więcej, poza tym że książka jest napakowana emocjami, tak silnymi, że czasem wysysało mi tlen z płuc. Poczucie humoru autorki idealnie wpasowało się w mój gust, nie zliczę, ile razy szczerze zaśmiałam się podczas czytania.

Pozycje są wciągające, idealne na czytelniczego kaca i cudowne, ciepłe, wiosenne wieczory.

7/10 z zadziornym uśmieszkiem ala' Ethan Holt!

Podrawiam!

Mercy Te

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

"Córeczka" - kręta i zawiła podróż do prawdy piórem Kathryn Croft.


Fabuła:

Półroczna córka Simone Porter znika bez śladu. Osiemnaście lat później główna bohaterka zostaje zaczepiona na ulicy przez Grace, która twierdzi, że jest zaginioną Heleną. Ma przy sobie dziecięcą zabawkę – królika – i historię całego swojego życia do opowiedzenia, którą nie może się podzielić, bo w niewyjaśnionych okolicznościach znika ponownie. Co może zrobić matka, aby poznać prawdę o swoim dziecku? Jakich czynów i rzeczy niemożliwych dokonać? Ile rozwiązać zagadek? Musicie przekonać się sami.





 
Mój komentarz:


Po istotnym sukcesie książki „Tylko jedno kłamstwo” (→ recenzja tutaj) nie mogłam się powstrzymać od przeczytania osławionej „Córeczki”. Gdybym tego nie zrobiła, pewnie nie wiedziałabym, ile tracę, ale nad tym już nie muszę się zastanawiać, ponieważ... jakkolwiek to brzmi - „zjadłam” twór Kathryn Croft na śniadanie.

Znowu ten sam gatunek literacki, znowu dałam się wciągnąć w zagadkową grę, przez którą nie mogłam w nocy zasnąć, bo musiałam czytać, znowu musiałam nadwyrężyć umysł, aby nadążyć za sprawą i pomimo usilnych starań nie udało mi się przejrzeć zamiarów autorki. Czy to kolejna udana pozycja z listy wydawniczej? Zdecydowanie tak! I to taka, w którą można się wgryźć, jak w świeżo upieczoną bułę!

Simone Porter ma wszystko, czego powinna chcieć kobieta w jej wieku – wspaniałą pracę dziennikarki, w której się spełnia, kochającego męża, piękny dom marzeń i przyjaciela, na którego może liczyć w każdej sytuacji. Ma również bolesną, pełną poszarpanych ran przeszłość. 18 lat wcześniej ktoś porwał jej półroczną córeczkę.

Kiedy na ulicy zaczepia ją młoda kobieta twierdząc, że jest jej zaginionym dzieckiem, nie mogłam ukryć sceptycyzmu. Oszustów w końcu na świecie nie brakuje. Ma jednak dowód – królika – ulubioną zabawkę małej Heleny z czasów, kiedy Simone cieszyła się macierzyństwem.

Gdy w sercu głównej bohaterki zaczyna kiełkować nadzieja, ale i też ogrom pytań i wątpliwości, Grace znika. Próbka badań DNA w niewyjaśnionych okolicznościach zostaje zanieczyszczona, więc nie możemy ostatecznie stwierdzić, z kim Simone ma do czynienia, szczególnie, że jej domniemana córka przyznaje się do zabójstwa. Wiedziona matczynym instynktem i chęcią poznania prawdy kobieta rozpoczyna śledztwo. Wkracza na ścieżkę usianą mnóstwem zagadek, fałszywych nadziei i mrożących krew w żyłach faktów.

„Córeczka” to thriller psychologiczny, przy którym nie można się nudzić, a już tym bardziej przymknąć oka na popołudniową drzemkę; nie można zasnąć i nie można go rozszyfrować. Fabuła jest tak zwiła i skrzętnie utkana, że gubimy się wielokrotnie, często we własnych rozważaniach i nie sposób dojść do prawdy samemu. To autorka kieruje tym, co i w którym momencie mamy poznać – a kolejne wątki ciągle komplikują to, co zdążyliśmy ułożyć sobie w głowie.

Simone z ogromnym uporem, który może posiadać tylko spragniona prawdy matka, brnie przez mętny świat tajemnic. Nic nie może jej powstrzymać, co jest wspaniałą odskocznią od łajzowatych, zblazowanych i potykających się o własne nogi bohaterek. Jest zdesperowana, a ową desperację widać na każdym kroku – szczególnie w podbramkowych momentach, kiedy idzie dokładnie tam, gdzie nie poszedłby żaden normalny człowiek i ufa ludziom, którym w normalnych sytuacjach pewnie by nie zaufała.

Sama fabuła ma wiele punktów zwrotnych, wątki mieszają się i czasem wydają się nieprawdopodobne. To dodaje książce odpowiedniego charakteru, godnego dreszczowców, do których pałam coraz większym zamiłowaniem. A może mam szczęście, bo ciągle trafiam na naprawdę dobre lektury.

Wspaniałym dodatkiem jest wprowadzenie wątku tajemniczego mężczyzny, który przedstawia nam swoją własną, brudną i obrzydliwą historię. Do ostatniej strony nie wiadomo, kim jest ten człowiek, co ma coś wspólnego ze sprawą zaginięcia Grace i czy w ogóle cokolwiek? Ale, kiedy zagadka się rozwiązuje... zbierzecie szczękę z podłogi.

Podsumowując – ogromnie się cieszę, że poznałam tę autorkę. Ma już w moim sercu prywatną szufladkę i z utęsknieniem będę czekać na jej kolejne książki. Przyznam Wam szczerze, że miałam szansę przeczytać ją wcześniej, ale nie chciałam iść za tłumem, który dumnie twierdził, że to książka godna uwagi. A dla koneserów jest to soczysta wisienka na okazałym torcie, której koniecznie musicie spróbować.

9/10 z językiem do pasa :D

Pozdrawiam

Mercy Te

sobota, 7 kwietnia 2018

#4# "Tylko jedno kłamstwo" - kto mówi prawdę?

Fabuła: Tara Logan – matka dwójki dzieci i w miarę spełniona żona pewnego poranka budzi się w obcym łóżku, z luką w pamięci, obok swojego sąsiada, który jest... martwy. Spanikowana ucieka z miejsca zbrodni nie zawiadamiając policji, mając nadzieję, że poradzi sobie z tą tajemnicą, ponieważ jest przekonana, że to nie ona jest mordercą. W trakcie postępowania wyjaśniającego na jaw wychodzą coraz to nowe kłamstwa najbliższych tary, które w końcu dzielą rodzinę. „Tylko jedno kłamstwo” to thriller psychologiczny, który pokazuje, jak w niespełna 24 godziny może zmienić się ludzkie życie.

Mój komentarz:

Po fenomenie „Córeczki”, której nie czytałam, bo zazwyczaj robię wszystko na odwrót, przyszła pora na „Tylko jedno kłamstwo” brytyjskiej autorki Kathryn Croft.

O takich typach książek nie można napisać zbyt dużo, bo: po pierwsze – zdradzenie fabuły, czy jakiekolwiek spojlerowanie to grzech ciężki niewybaczalny, po drugie – schematyczność thrillerów psychologicznych wszędzie jest taka sama (a przynajmniej ja zauważyłam, że pisarze podążają jedną ścieżką, jakby czytali ten sam poradnik :D) i ten, kto czytał, na pewno wie, o co mi chodzi, a tym, którzy nie czytują książek tego typu mogę wyjaśnić w jednym zdaniu, że są to pozycje wydawnicze przepełnione zagadkami, jest ofiara – więc musi być morderca, a autor zazwyczaj prowadzi nas przez te zawiłości drogą krętą i na dodatek mylącą, dodając kolejne zagwozdki, które oddalają Nas od poznania prawdy lub do niej zbliżają. Niektórzy autorzy robią to fenomenalnie i chętnie przyznałabym im za to medal za zasługi, innym niestety się to nie udaje.

Dla mnie najważniejszą cechą podobnych pozycji jest to, aby nie zorientować się, kto jest sprawcą od razu tylko dochodzić do tego małymi kroczkami, albo wcale – czyli doświadczyć absolutnego szoku na samym końcu, a potem powiedzieć sobie: „O cholera! Dlaczego ja na to nie wpadłam?”

W przypadku bardzo podobnej tematycznie książki „Na skraju załamania”, która zebrała stos świetnych recenzji zorientowałam się, o co kaman mniej więcej w połowie i poczułam... zawód. Bo przecież tak być nie powinno, prawda?

„Tylko jedno kłamstwo” zaskoczyło mnie pozytywnie. Na szczęście! Do ostatniej strony nie miałam pojęcia, ba, tak naprawdę nawet nie miałam typów, kto zabił sąsiada rodziny Logan. Autorka doskonale wykonała swoje zadanie wprowadzając atmosferę niepewności, a zawiłe schematy kłamstw, które z każdą stroną nawarstwiały się coraz bardziej, oraz niepoprawni i w większości obłudni bohaterowie, dodawali potrzebnego książce dreszczyku.

W sprawę morderstwa zamieszani są wszyscy, zaczynając od głównej bohaterki Tary, przez jej męża, a skończywszy na prawie osiemnastoletniej córce małżeństwa, Rosie – która w przeszłości miała emocjonalne problemy.

Dość problematyczne w całej książce jest to, że tam naprawdę wszyscy kłamią! Bez wyjątku! No, może poza policjantem, który prowadzi całe śledztwo. Nie robi tego tylko główna bohaterka, która z premedytacją zataiła, że obudziła się obok martwego sąsiada, ale również jej córka, na którą spada część podejrzeń, oraz mąż, którego alibi na noc morderstwa zostaje bardzo szybko podważone. Dzięki temu fabuła ciągle skręca, jest dynamicznie, ciągle musimy myśleć, a dynamicznie budowane napięcie sprawia, że nie możemy się doczekać zakończenia. Ja sama, byłam go tak bardzo ciekawa, że prawie zarwałam nockę.

Możemy się również przekonać, w jaki sposób jedno kłamstwo pociąga za sobą drugie i kolejne, poruszając lawinę nieodwracalnych zdarzeń i zrzucić na barki czasem ogromne konsekwencje, jak zniszczona opinia, rozbita rodzina, bądź wykluczenie ze społeczeństwa.
 

Autorka zdecydowanie wpadła mi w oko. Cieszę się, że do minimum ograniczyła opisy otoczenia, skupiła się na faktach, przez co czytało się lekko i z wypiekami na twarzy.  Jej pióro nie jest męczące i monotematyczne. To zdecydowanie lektura na jeden spokojny wieczór przy herbatce albo winku. Teraz czas na „Córeczkę” - trzeba iść za ciosem – i mam nadzieję na pojawienie się na rynku kolejnych tworów pani Croft.

Polecam serdecznie wszystkim miłośnikom gatunku, a sama, z czystym sumieniem daję 9/10.

Pozdrawiam serdecznie, zapraszam do komentowania i na mój fanpage na facebooku, do którego link znajdziecie z boku strony.

Mercy Te

PS. Co kupiliście w Biedrze? :D